4 czerwca 2009

Melbourne

Melbourne jest stolicą stanu Wiktoria i przez swoje położenie - na samym południu Australii (zimno!), było chyba najgłupszym wyborem z możliwych.

Po przylocie do Melbourne najpierw musiałyśmy zorientować się na którym lotnisku jesteśmy, gdyż w Melbourne są aż 3 lotniska, a my nie miałyśmy czasu ogarniać takich szczegółów jak zorientowanie się na które z nich dolecimy przed wyjazdem. Na całe szczęście tutaj nawet panie w informacji turystycznej mówią po angielsku, więc problem się rozwiązał i po koczowaniu na lotnisku mogłyśmy się już od samego rana udać na podbój tego kraju.

Hostel miałyśmy w dzielnicy St. Kilda - położona nad samym portem w takiej młodzieżowo-rozrywkowej okolicy :] W oczekiwaniu na przygotowanie naszego pokoju poszłyśmy na krótkie zwiedzanie dzielnicy.

Luna Park jak prawie wszystko podczas naszej wycieczki okazał się oczywiście zamknięty.

Kuala Lumpur jest słynne z Petronas Towers, natomiast Melbourne z żółtych taksówek :D Każdy orze jak może :)

Najbardziej w Melbourne spodobały nam się: City Circle Tram

oraz tourist shuttle bus, które jeżdżą pomiędzy największymi atrakcjami miasta i nawet pan kierowca opowiada co się mija za oknem. Co najważniejsze każdym z nich można jeździć za darmo i ile się chce - nam to bardzo odpowiadało bo było w nim ciepło :) Czasami tylko z powodu narzucania zbyt intensywnego tempa wycieczki zdarzały się wpadki i jeżdżenie na śpiąco :)

Z głównych atrakcji w Melbourne to mają tam Południową Gwiazdę - największe koło obserwacyjne na półkuli południowej, które oczywiście nie działało :)

W centrum nad rzeką Yarra jest most po którym w ciągu 15 min przemieszczają się rzeźby/instalacje zwane 'The Travellers' przedstawiające podróże imigrantów do Australii.

Jeżeli miałabym porównywać Melbourne z Sydney to Melbourne jest zdecydowanie bardziej nowoczesne (budynki) i prawie na każdym rogu ulicy można spotkać jakieś rzeźby lub ciekawe architektonicznie budynki :) Najleprzą sztuką - sztuką bydła została wg nas uznana 'Cow up a tree'.

Na koniec został najstarszy budynek w Australii - domek kapitana Cooka (o co z nim chodzi można sobie doczytać na tabliczce) :]

Z tym oto wyżej zdjęciem wiąże się najlepsza anegdota wyjazdu do Australii :] Zdjęcie to robiłam dzień przed wyjazdem do Sydney, a jeszcze poprzedniego dnia uświadamiałam Paulinę, że to wcale nie Sydney jest stolicą Australii (jak ktoś nie wie jakie miasto jest, to niech sprawdzi sam, bo to wstyd nie wiedzieć)
No to stoimy pod tym domkiem Kapitana Cooka i ustawiam się, żeby zrobić tak ładnie zdjęcie, żeby widać było tabliczkę z napisem i domek. I wtedy nastąpiła wymiana zdań.
Paulina: 'Tak, tak, zrób zdjęcie tak żeby było widać gdzie jesteś, bo te twoje tłuki nie będą wiedzieć.' (Paula nadużywa wyrazu tłuk o każdym tylko nie o sobie)
Ja: 'Ty to nawet nie wiesz gdzie jest stolica Australii!'
P: 'Jak to nie! Carbonara!'
Jak zobaczyła, że pokładam się już ze śmiechu to dodała...
P: 'Nie, nie, carbonara to pizza.'
J: 'Carbonara to spagetti jak coś.'
<ściana>
Oczywiście dla uczczenia tego musiałyśmy wszamać jakąś carbonare na ulicy.

Poza tym w Australii mają coś takiego, jak całe sklepy z ciastkami, ciastami i czekoladą :D

Chyba nie trzeba dodawać, że przepyszne :)
Jak komuś się bardzo nudzi w pracy albo chce mnie więcej pooglądać to tutaj :)
Melbourne

3 komentarze:

  1. E tam krowa, sklep z ciastkami i czekoladą to jest powód by do Australii jechać!!! :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Noo ba! Stąd to do cywilizacji, czyli ciastek i łaciatych krów to właśnie do Australii najbliżej :)

    OdpowiedzUsuń