12 czerwca 2009

Bandung -> Pandangaran

Podróż ta jest niezwykle ciężka do opisania. Słowa ani zdjęcia nie oddadzą tego co się tam działo, bo było już ciemno... To po prostu trzeba samemu przeżyć :]

W Indonezji występują dwa rodzaje autokarów. Zwykłe oraz tak zwane z klimatyzacją. W podróży do Pandangaran trafił się nam akurat autobus zwykły. Jest on normalnej szerokości, za to posiada o jeden rząd krzeseł więcej. Dlatego po prawej stronie są trzy fotele, a po lewej dwa. Ilość foteli oczywiście nie równa się ilości osób, które mogą na nich jechać. Z opowieści Justyny i Waldka wiemy, że na trzyfotelowym zestawie można jechać w 6 osób - 3 mamuśki siedzące na skraju i trzy dzieciaki siedzące za plecami. Nam akurat udało się zająć trzyfotelowy zestaw tylko dla nas, bo inni bali się koło nas usiąść.

Indonezyjskie autobusy dość często robią przystanki, albo czekają na jakichś skrzyżowaniach itp. Wtedy do autobusy wskakują obnośni sprzedawcy. Nie myślcie, że ktoś po prostu wchodzi do autobusu i mówi co ma i po ile. Nie, nie, nie. Sprzedawcy stosują różne metody marketingowe, natomiast każdy podchodzi indywidualnie do każdego klienta. Część z nich zostawia np. po paczce orzeszków, pączku na kolanach podróżujących aby zapoznali się z produktem, a idąc do wyjścia zbierają jedzenie od tych co nie chcą kupić i pieniądze od tych co chcą. Raz nam się trafił pewien pan, który przez ok. pół godziny chodził wzdłuż autobusu sprzedając jakieś owoce i przez cały ten czas zapewne krzyczał, że ma owoce i zatrzymywał się przy każdej osobie aby te owoce pokazać. Naszego sąsiada z fotelu przed nami nawet obudził, bo przytrafiło mu się usnąć. W końcu jakiś człowiek z przodu autokaru zlitował się nad sprzedawcą, albo miał go już serdecznie dosyć i kupił wszystko.

Do autobusu także, czasami wpadają muzykanci (także do takich małych angkotów). I np. o 24 w nocy umilają wszystkim podróż. Nam akurat trafiła się dwuosobowa kapela z gitarą.

Czasami chłopaki się wczuwali i używali półek na bagaże jako bębnów.

Wszystko to byłoby nawet całkiem zabawne, gdyby podróż nie trwała 6 godzin oraz panował inny klimat w autokarze. Wspominałam już, że Indonezyjczycy dużo palą. Palą oni także w autobusie. Nie chodzi tu o dymka wypuszczanego przez kierowcę. Nie, nie, nie. Obojętne przecież czy się siedzi przy oknie, z przodu, z tyłu, czy może po samym środku. Wszędzie można przecież sobie zapalić. A jak już palić to przecież nie jednego, tylko wszystkie, które się ma, jeden za drugim. A jak się skończą to zawsze któryś pan sprzedawca poratuje. Osobiście wydawało mi się, że się uduszę przed dotarciem do Pandangaran albo umrę od razu na miejscu na raka płuc. Jednakże czekała na nas kolejna niespodzianka. Zaczął padać deszcz. A jak padał deszcz na zewnątrz, to też zawiewało trochę deszczu do środka. Trzeba było wiec pozamykać szczelnie wszystkie okna, aby nie było mokro - co oczywiście nie było powodem do zaprzestania palenia.

Wyprzedając fakty w drodze powrotnej z Pandangaran do Jakarty skorzystałyśmy już z usług tak zwanego autobusu z klimatyzacją. Autobus z klimatyzacją oznacza, że nie można w nim palić (dlatego są postoje co godzinę) ale nie oznacza wcale, że klimatyzacja działa. Jako że jechałyśmy wtedy za dnia i akurat przytrafił nam się sprzedawca orzeszków to cały autokar zajadał orzeszki.

W Indonezji raczej nie istnieje coś takiego jak kosze, dlatego jak się je orzeszki to wyrzuca się łupinki pod swoje krzesło. Orzeszkami trochę śmierdziało. Za to Justyna i Waldek mieli okazje podróżować w aromacie pomarańczy.

Mimo wszystko Indonezja to przepiękny kraj i akurat jak była przerwa na modlitwę w stronę Mekki to były też pola ryżowe :]

1 komentarz:

  1. Trzy fotelowy bo inni się bali... ta... myjcie sie dziewczyny bo nie znacie dnia ani godziny ;)))

    OdpowiedzUsuń