8 maja 2009

Visakha Bucha Day i Doi Suthep

Wczoraj dostałam od Pauliny smsa następującej treści "Jak tam pielgrzymkowanie? Dotarliście już? Mam nadzieję, że będziesz zadowolona z pobytu w krainie pomarańczowych prześcieradeł KORZYSTAJ"

Wyjaśniając to dzisiaj mamy kolejne święto (maj to tak jak u nas same święta) - tym razem Visakha Bucha Day. Jedno z ważniejszych świąt w buddyzmie. Z Chiang Mai dzień wcześniej wszyscy ludzie idą do świątyni Doi Suthep na takiej pobliskiej górze. Cała droga ma jakieś 14 km i wczoraj razem z Blanką (Czeszką) oraz May (z klasy) postanowiłyśmy wybrać się z nimi na spacer :] Miałyśmy nawet przespać się na górze żeby zobaczyć wschód słońca i poranne obrządki, ale oczywiście wyszło jak zawsze ;]

Wszystkie spotkałyśmy się koło 18:30 pod ZOO i zaczęłyśmy naginać pod górkę.

Po kilkuset metrach ukazało się nam miejsce rozpoczęcia całej imprezy, skąd wyruszała główna część pielgrzymki.


Popatrzyłyśmy trochę na tajskie wygibasy ze świeczkami i uznałyśmy, że wolimy jednak dojść wcześniej na górę i znaleźć jakieś przyzwoite miejsce do spania i iść w naszym, a nie pielgrzymkowym, tempie.

Cała droga była bardzo przyzwoita, ponieważ wszędzie stali jacyś ludzie i rozdawali za darmo wodę, jedzenie, a my nawet dostałyśmy raz po lodzie waniliowym z rodzynkami :] Na całej trasie było 5 głównych przystanków z nagromadzeniem darmowego jedzenia. Obie z Blanką stwierdziłyśmy, że u nas w krajach to takie rzeczy to nie do pomyślenia. Pierwszy przystanek był po godzinie marszu, nawet znalazłyśmy kawałek betonu na którym można było usiąść i zjeść trochę ryżu.

Bardzo nam się poszczęściło, gdyż zaraz zaczęło strasznie lać i błyskać, a nad naszym kawałkiem betonu akurat był daszek :D Po godzinie się rozpogodziło i ruszyłyśmy dalej. Na którymś przystanku już bliżej szczytu było trochę monków.

Poza tym jak się wrzuciło do koszyczka jakiś pieniążek to dostawało się sznureczek szczęścia i malutkiego Buddę (wielkość paznokcia nieobciętego) - oczywiście nie pogardziłam.

Ogólnie to biały, a nie pomarańczowy, jest kolorem buddyzmu i dlatego sznureczek jest biały i spora część ludzi na pielgrzymce też była ubrana na biało.


Potem już zaraz dotarłyśmy do naszego celu - Doi Suthep. Z góry rozciągał się całkiem przyzwoity widok na nasza wioskę.

Poza tym wiadomo, że nie wszystko złoto co się świeci ale akurat to - to złoto.

Buddzie można oczywiście przynieść prezenty.

Wszyscy natomiast kupowali zestawy prezentowe: kadzidełka, dwie świeczki i dwa kwiatki - 2 zł.

Najpierw należało obejść stupę dookoła 3 razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Zapalało kadzidełka i wsadzało w piasek, a potem podpalało świeczki i też się je stawiało w specjalnym miejscu. Kwiatki natomiast można było rzucić gdzie się chciało :)
Dodatkowo obok świątyni jest dużo dzwonów - można sobie pomyśleć jakieś życzenie i podzwonić :)

Na samą górę prowadziły bardzo długie schody z poręcza w kształcie skóry smoka (tak, tak zrobiło się zimno w nocy i mam bluzę).

Do Doi Suthep tej nocy faktycznie przyszła chyba cała nasza wioska. Wszystkie najlepsze miejsca do przespania/przeczekania nocy były pozajmowane, a cała reszta była mokra więc zdecydowałyśmy, że wracamy do domu. Zresztą tak robili praktycznie wszyscy.

Do świątyni dotarłyśmy koło godz. 23 i zostałyśmy tam do 1. Kolejna godzina zeszła nam na zjeżdżaniu z góry busikiem (wciąż bardzo dużo osób szło pod górę). I kolejna na dojściu do akademika. Paulina nie poszła na wycieczkę, bo miała nadmiar nauki, ale za to grzecznie na mnie czekała bo uznała, że nie zaśnie beze mnie ;]

2 komentarze:

  1. brzmi prawie jak "Den Vsiakaga Bucha" :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Kadzidełka, dwie świeczki i dwa kwiatki-2 zł, a wspomnienia bezcenne!

    OdpowiedzUsuń