22 sierpnia 2009

Siam Reap

W Siam Reap ogólnie za bardzo nic nie ma oprócz Pub Street, na której znajduje się wiele pubów, knajp i knajpeczek. Wszyscy turyści zwalają się tutaj po zwiedzaniu Angkoru jak już nie mogą się ruszać wieczorami.Podzielenie się informacją, że w Siam Reap jest Pub Street nie było jednak główną przyczyną zaznaczenia obecności tego miasta na blogu.

W całej Azji Południowo-Wschodniej na każdym kroku są jakieś salony masażu. Tajski, ziołowi, olejkami, stóp, głowy i czego tam sobie wymarzycie. Za to w Siam Reap spotkałam jedyne miejsce gdzie można zaznać fish massage!Masaż polega na tym, że wkłada się stopy do takiego baseniku w którym pływają rybki, i one zjadają zrogowaciały naskórek po czym stopy są mięciutkie i wymasowane. A rybki te, wierząc ogłoszeniu, nazywają sie dr. Fish!

19 sierpnia 2009

Tonle Sap i Floating Village

Siam Reap - Syjam Pokonany (Syjam - dawna nazwa Tajlandii). Tak się nazywa miasteczko z którego mieliśmy wycieczkę do Angkoru i skąd pojechaliśmy na kolejną do pływającej wioski.

Jak łatwo się domyślić wioska ta po czymś musi pływać. No i pływa po Tonle Sap - największym jeziorze na Półwyspie Indochińskim. Samo jezioro w sobie jest całkiem interesujące, gdyż w zależności od pory roku zwiększa swoją powierzchnię prawie sześciokrotnie. No i jest całkiem płytkie, gdyż w porze deszczowej w najgłębszym miejscu ma 14m. Poza tym jak się na nie wypływa to fale są jak na morzu i nigdzie nie widać drugiego brzegu :]
Na jeziorze jest wiele pływających wiosek, które przemieszczają się w zależności od poziomu wody. Najbliżej położoną Siam Reap jest wioska Chong Kneas, do której też i my się udaliśmy. Sama droga też była atrakcją samą w sobie, gdyż najpierw jechaliśmy tuk-tukiem, potem dojechaliśmy to jakiegoś skupiska lokalnej mafii, u których trzeba było przesiąść się na skutery. Na skuterkach jechaliśmy jakoś strasznie długo aż dojechaliśmy do łódek, które to już zawiozły nas prosto do wioski.Po drodze była też pani co myła włosy i siebie w tej wodzie.W wiosce jest kilka sklepów.W tym akurat zostaliśmy namówieni do zakupienia zeszytów dla dzieci w szkole. Szkoła jest zresztą obok świątyni jedynym murowanym budynkiem w wiosce.W tym momencie akurat w ogóle nie było nam do śmiechu. Bo jak podzielić 5 zeszytów na te wszystkie dzieci? Wspomnę też, że wszyscy oni pobiegli do klasy i o mało się nie pozabijali na schodach jak tylko zobaczyli, że kupiliśmy zeszyty.A tak wyglądała nasza wioska od strony nie-wody. Te doby akurat stoją na pograniczu jeziora i jakiegoś kawałku ziemi. Niektórzy ludzie jednak mieszkają całymi rodzinami na jednej łódce.

17 sierpnia 2009

Angkor

"Nie można umrzeć, nie zobaczywszy Angkoru" - napisał angielski pisarz i dramaturg, Somerset Maugham.

Ankor ma 400 km2 i jest największym na świecie kompleksem kamiennych budowli. Pomiędzy IX a XV w. znajdowała się tutaj stolica Imperium Khmerskiego, a samo miasto jest uważane za największe miasto na świecie sprzed rewolucji przemysłowej. W XV w. miasto z nieznanych przyczyn zostało kompletnie wyludnione i dopiero w 1860 roku jakiś europejski badacz odkrył je w samym środku dżungli... Nie sposób zwiedzać wszystkie świątynie i budynki na piechotę. My ze względu na ograniczenia czasowe, niepewną pogodę i uwagę, że mój brat jest za duży na rowery dostępne w Kambodży jeździliśmy po Angkorze wynajętym tuk-tukiem.
Khmerowie zmieniali swoje upodobania religijne dość często, dlatego większość świątyń była wielokrotnie przebudowywana, aby to raz przypominać świątynie hinduistyczne, a innym razem buddyjskie. Nie mogę znaleźć liczby świątyń w Angkorze. Zapewne jest ich tam tak dużo, że nikt nie zdołał tego policzyć. Przedstawię tylko 'pierwszą trójkę' - czyli najbardziej znane świątynie.

Angkor Wat - największy budynek religijny na świecie. Jak dla mnie na drugim miejscu. Wysoka pozycja przede wszystkim dlatego, że jest taki wielki i nawet chodząc po trawie spotyka się jakieś fragmenty dawnych budowli, które dopiero pokazują jak ogromną musiała być ta budowla w przeszłości.

Bayon - znany z 216 twarzy tajemniczo uśmiechających się z 54 wież. Wsród osób, które znam Bayon uważany jest za najpiękniejszą/najciekawszą świątynię. U mnie na miejscu trzecim. Twarze widziałam już wcześniej na zdjęciach, a sama świątynia jak na te wszystkie w Angkorze jest niezbyt duża :]

Ta Prohm
- moja ulubiona. Idealnie ukazuje to, jak świątynie te musiały być zapomniane. Na jej terytorium wkroczyła dżungla, i ogromne korzenie wyrastają wprost z murów.Poza tym kręcili tutaj Tomb Ridera :]Z ciekawostek przeczytanych w przewodniku. Radzą aby za potrzebą nie udawać się zbyt głęboko w las, gdyż lepiej zostać przyłapanym robiąc siusiu, niż nadepnąć na minę. Za rządów Czerwonych Khmerów cały teren został zaminowany, a chyba wszystkie posągi straciły głowy, aby ludzie nie mieli się do kogo modlić.


Podsumowując, mój opis Angkoru jest strasznie marny, ale nie sposób tego dokonać. Tutaj po prostu trzeba przyjechać i samemu się powłóczyć po tych kamieniach - chociaż raz w życiu. Angkor niestety dość często jest jedynym miejscem zwiedzanym w Kambodży, głównie przez turystów przyjeżdżających przy okazji swojego pobytu w Tajlandii. A szkoda, bo cały kraj jest piękny i niezwykle interesujący.

15 sierpnia 2009

Phnom Penh - Brat Numer Jeden i inne robaki

O ile w Polsce większość osób wie, albo chociaż słyszała, że Angelina Jolie adoptowała dziecko z Kambodży, to już raczej mało jest osób świadomych przez jaką tragiczną historię przeszedł ten kraj niespełna 30 lat temu.

Moi amerykańscy przyjaciele pytają mnie często, kim właściwie są ci Czerwoni Khmerzy, skąd się wzięli, czemu tak nienawidzili Kambodżan - wspomina w opublikowanej w zeszłym roku książce Davida Chandlera "Cambodia: Power, Myth, and Memory" ("Kambodża - władza, mit i pamięć") Thida B. Mam, Kambodżanka, która przetrwała zagładę i mieszka dziś w Kalifornii. - Zawsze mi wstyd, gdy muszę im tłumaczyć, że słowem Khmerzy określa się naród zamieszkujący Kambodżę. W żyłach oprawców i ich ofiar płynie więc ta sama krew. Jesteśmy jednym narodem. Odpowiadam moim przyjaciołom, że w naszym khmerskim języku nazywamy Czerwonych Khmerów "robakami z naszej własnej skóry".


W 1975 roku władzę w kraju objęła Komunistyczna Partia Kambodży na czele której stanął Brat Numer 1, czyli Pol Pot. Nazwę państwa zmieniono na Demokratyczna Kampucza a rok 1975 ogłoszono Rokiem Zerowym, gdyż najpierw postanowiono zniszczyć stary porządek, cofnąć się do poziomu społeczeństwa agrarnego aby dopiero potem budować komunizm na oczyszczonym gruncie. Przez kilka pierwszych dni rządu praktycznie całą populacje Phnom Penh oraz okolicznych miast przesiedlono na wieś gdzie ustanowiono komuny rolnicze. Lekarze, nauczyciele czy urzędnicy państwowi byli z góry skazani na zagładę. Wszystkich zdrajców partii i rewolucji zamykano w więzieniach z których najsławniejszym jest S-21, które powstało w budynkach dawnego liceum. Obecnie mieści się tam Muzeum Ludobójstwa Toul Sleng.Między 1975 a 1978 rokiem przesłuchano i torturowano tutaj ponad 17 tys. osób. W muzeum oprócz ekspozycji jest mała salka kinowa gdzie wyświetlany jest film dokumentalny opowiadający historię dwóch zakochanych w sobie osób, które za to przestępstwo zostały uwięzione w S-21, a potem zabite.Puste sale, czarno-białe zdjęcia torturowanych osób, znaki zakazu uśmiechania się oraz wszechogarniający żar zwrotnikowego słońca pozostawiają chyba na każdym odwiedzającym ogromne wrażenie.

Wszystkie torturowane osoby transportowane były potem na Killing Fields w Choeung Ek. Zabijano tak także niemowlęta, aby gdy dorosną nie mogły się mścić na oprawcach za śmierć która spotkała ich rodziców. Dzieci roztrzaskiwane były o drzewo, a dorosłych zabijano za pomocą np. łomów aby nie tracić cennych kul, które przydawały się w normalnej walce. Po środku Pól Śmierci znajduje się Magiczne Drzewo, na którym zawieszone były głośniki, z których dźwięk zagłuszą jęki mordowanych tutaj osób. W 1980 roku ekshumowano tutaj ponad 8 tys. zwłok. 43 z 129 masowych grobów pozostały nietknięte. Szczątki osób umieszczone zostały w przeszklonym Pomniku Pamięci.
Jeżeli ktoś jest ciekawy jak to się dokładnie stało, że w jednym narodzie znalazły się osoby, które doprowadziły do śmierci 1/3 jego populacji i co się potem z nimi stało polecam artykuł http://niniwa2.cba.pl/kambodza_brat_numer_jeden_i_inne_robaki.htm

Ostatnio dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak 'czarna turystyka' i polega na odwiedzaniu miejsc masowej zagłady. Na pierwszym miejscu na liście czarnych miejsc jest Oświęcim, a na drugim są Killing Fields w Kambodży. Rozpoczęcie zwiedzania Kambodży od Muzeum Ludobójstwa i Pól Śmierci może nie było najprzyjemniejszym początkiem wycieczki, ale na pewno pozwoliło na spojrzenie na ten kraj zupełnie z innej perspektywy. Uświadomiło, że jeszcze 30 lat temu ziemia miała tutaj czerwony kolor nie tylko przez czerwone gleby ferralitowe, ale także od ilości krwi przelanej na nich.

Kambodża

Po spotkaniu się z Tomeczkiem na lotnisku w Bangkoku i zjedzeniu pół kilograma kabanosów przywiezionych z Polski byłam już gotowa aby wsiąść do samolotu do Kambodży.Plan był taki, że po wylądowaniu w Phnom Penh łapiemy od razu autobus do Siam Reap, tam siedzimy z 3 dni, a stolicę zwiedzimy przed wyjazdem z kraju. Plan ogólnie był dobry, tylko dość szybko na miejscu okazało się, że autobusy do Siam Reap odjeżdżą do 14:30, a nie do 2:30 w nocy jak wcześniej wydawało mi się że przeczytałam :] Tak więc zwiedzanie kraju sąsiadów zmuszeni zostaliśmy zacząć od stolicy.

Opis wycieczki zacznę od małego podsumowania. Kambodża jest cudowna! Trudno określić co takiego jest w tym kraju, że chciałoby się tam zostać dużo, dużo dłużej. Kraj jest jednym z najbiedniejszych w Azji (1/3 ludności żyje za mniej niż 1 $ dziennie) a ulice przepełnione są niepełnosprawnymi żebrakami i dziećmi sprzedającymi książki/kwiatki albo tylko proszącymi o 1 dolara. Jednak mimo panującej tam biedy ludzie są uśmiechnięci, mili i szczerze chętni do bezinteresownej pomocy. Wydawało mi się, że nie można być jeszcze bardziej miłym dla przyjezdnych niż w Tajlandii i się myliłam :] Na koniec kilka zdjęć dzieciaków na jednym z przystanków autobusowych na autostradzie z Phnom Penh do Siam Reap autorstwa mojego braciszka.I takie.Kambodża - Kingdom of wonder

1 sierpnia 2009

Kanton po raz ostatni

Na koniec naszego pobytu w Chinach pojechaliśmy na Baiyun Shan, czyli na Górę Białej Chmurki. Oczywiście zdecydowaliśmy się na nasz ulubiony sposób zdobywania gór, czyli wjazd kolejką :] Na górze ukazał nam się napis 'Góra Białej Chmurki wita Ciebie' (albo was, nie pamiętam jak to dokładnie było).Na całej górze położonych jest wiele różnych atrakcji i zapewne można tam spędzić cały dzień. My najpierw skupiliśmy się na podziwianiu wspaniałych widoków na miasto. To coś dużego po prawej stronie, jak skończą, ma być najwyższym budynkiem na świecie. Niestety zapewne kilka miesięcy później prześcigną tą TV-Tower budynki co budują je już w Dubaju i wieża pozostanie tylko najwyższą betonową wieżą na świecie (610m).

Będąc na górze, zdecydowaliśmy się dostać jednak na sam szczyt góry. Tam można było znaleźć np. wojskowe radary.Oprócz tego było drzewko z życzeniami 'zdrowia, szczęścia, pomyślności'. Ja niestety nie przyniosłam swojej czerwonej wstążeczki.Widoki na bloki oczywiście były dalej. Z góry postanowiliśmy już zejść na piechotę. Na części trasy była wyznaczona ścieżka zdrowia, po której można było przejść na bosaczka.Zejście po całej trasie bolało okropnie, ale dałam radę :] A tak w ogóle w Chinach miałam najlepszy masaż stóp w swoim życiu (i nie chodzi o chodzenie po kamieniach). Możliwe, że podobało mi się dla tego, że masaż stóp zaczął się masażem głowy i pleców, a potem panie mówiły, że jestem taka piękna, bo taka biała :] To tylko taka mała dygresja, a schodzenie po kamiennych schodach wyglądało tak.Tak mniej więcej zakończyła się nasza przygoda z przymusowymi wakacjami w Chinach. Jakbyśmy od razu wiedziały, że zostaniemy tam tydzień, a nie 3 dni jak było w planach, to na pewno byłyby posty jeszcze z Makau, a być może nawet udałoby nam się wyskoczyć na mogoty do Yangshuo (jedno z moich wymarzonych miejsc do zwiedzenia). No ale tak przynajmniej jest po co wracać :] Bo do Chin to chyba niestety już tylko można pojechać podziwiać naturę, bo w mieście i z tradycji to niewiele ciekawego zostało.
Pozdrowienia z Góry Białej Chmurki. Małgorzata.
Kanton

Dzisiaj do samolotu wsiada mój starszy braciszek, więc zapewne kolejne posty już z nim i to z Kambodży :]

31 lipca 2009

Kaiping

Po zasileniu się pieniędzmi z bankomatu spędziłyśmy cały dzień na kupowaniu czystych ubrań, które będą a) czyste b) wystarczająco długie i szerokie żeby się w nie zmieścić c) tanie. Ten ostatni punkt był zdecydowanie najłatwiejszy do spełnienia, bo wszystkie ciuchy w Chinach są tanie. Niestety zapomniałyśmy o punkcie d) Nie kupować ubrań, które rozwalą się kolejnego dnia. I w ten sposób zarówno moja bluzka, jak i Pauliny spódnica wzbogaciły się o dość spore dziury :] W ten sposób przekonałyśmy się na własnej skórze, że chiński szajs, jest jeszcze większy, kiedy nie jest produkowany na eksport.

Drugiego dnia przymusowych wakacji w Państwie Środka postanowiliśmy wyrwać się ze środka miasta i wyskoczyć trochę na wieś. Wieś nie była tradycyjną chińską wsią - bo po takie to tylko podobno już tylko do północnego Wietnamu trzeba jechać. Przed wyjazdem oczwiście trzeba było zjeść śniadanie. Jajecznica z pomidorami w miodzie jest całkiem miodzio.W celu obejrzenia czegoś więcej niż chińskie biurowce pojechaliśmy do miasta o wdzięcznej nazwie Kaiping. Internet podpowiedział mi, iż znajdują się tam jakieś zabytki wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Pragnę tutaj napomknąć, że podróżowanie po Chinach jest bardzo przyjemne, pociągi lepsze niż PKP (co w sumie nie jest trudne), autobusy z klimą dojeżdżają do każdego miasta. Jedyny minus to to, że kurde nikt nie mówi po angielsku i nigdzie nie ma żadnych napisów w jakimkolwiek języku bardziej mi bliskim niż chiński. No może oprócz jednej tablicy gdzie pod 'Timetable' była rozpiska chińskich miast po chińsku z jakimiś jeszcze ichniejszymi oznaczeniami. Tak więc zaszczytną rolę wodzireja naszej trzyosobowej wycieczki przeją Karol, tutaj akurat w autobusie miejskim. W swojej głupocie myślałam, że przyjeżdżając do Kaipingu na dworcu będzie znajdować się coś co wskaże nam gdzie należy się udać, aby obejrzeć to coś co zasłużyło na wpisanie na listę UNESCO, np. informację turystyczną, mapę, ulotki albo tabliczkę 'UNESCO -> tam'. Niestety żadnego z powyższych nie dane nam było uraczyć, więc po niezbyt łatwych próbach zrozumienia kantońskiego przez Karola wsiedliśmy do miejskiego autobusu, który miał nas tam dowieźć. I tam znaleźliśmy tablice z mapą!I w tym momencie okazało się, że po Kaipingu porozrzucane są 4 miejsca wpisane na UNESCO. Z powodu zbyt później pory i drogich biletów ograniczyliśmy się tylko do dwóch. Jako że już się pod nim znajdowaliśmy, postanowiliśmy rozpocząć zwiedzanie od chyba najmniej ciekawego ze wszystkich miejsc - LiYuan Garden. Skończony w 1936 roku ogród Amerykanina chińskiego pochodzenia Pana Li. Ogród łączy elementy tradycyjnego Chińskiego ogrodu, południowochińskiego miasteczka na wodzie oraz zachodnią architekturę. W porównaniu do poprzednich parków, które widziałyśmy po prostu można powiedzieć, że ten był fajny bo stary.Po skorzystaniu z usług lokalnego operatora turystycznego, czyli ciecia co czeka aż ktoś przyjedzie na środek pola i nie będzie wiedział jak się z niego wydostać, przejechaliśmy do Zili Village. Tam ruszyliśmy na poszukiwania czegoś co świadczyłoby o byciu w najpiękniejszej wiosce w prowincji GuangDong (gdzie się znajdowaliśmy).Podczas wycieczki znaleźliśmy ślady mechanizacji rolnictwa na terenie południowo-wschodnich Chin.Znaleźliśmy także oznaki jej braku.Jak może już niektórzy zdążyli się zorientować, cała uroda wsi w Kaipingu polega na tym że po środku czegoś co w Polsce nazywa się 'zapadłą dziurą' znajdują się takie wypasione wille. 5cio, czy 6cio piętrowe budyneczki z tarasami na dachu, budowali powracający z Ameryki emigranci. Do środka niestety nie udało nam się wkraść bo wszędzie blachy w oknach i kraty przy wejściu. Był jeszcze drugi typ budyneczków - jednopiętrowe, zbudowane z niebieskiej cegły z dachem pokrytym płytkami. Poza tym są one, jak wierzyć ulotce, zbudowane na planie 'trzy sekcje - dwie bramy'. Niestety nie potrafię wyjaśnić na czym to polega.Nawet doszukaliśmy się oznaki, że trafiliśmy w naszych poszukiwaniach we właściwe miejsce.Na chińskiej wiosce uraczyła nas swoją obecnościa burza.Jako że zza każdej chmury wychodzi słońce, na niebie pojawiła się tęcza.A nam po wstępnych trudnościach udało się odkryć miejsce, które choć wpisane na listę UNESCO nie zostało jeszcze zadeptane przez masowych turystów. I dobrze, bo straciłoby swój niepowtarzalny urok biegających za nami gęsi.
Kaiping